Saturday, November 5, 2016

Historia pewnej sukienki

Znacie tę historię.
Sukienka/dżinsy/spodenki, w które się nie mieścicie. Albo w których się ledwo dopinacie. Które tkwią w szafie, jak namacalny wyrzut sumienia, po to, by przypominać nam, że nie spełniamy wymagań.
Mam taką czerwoną sukienkę. Leży w pudle na dnie szafy i czeka na moment, w którym moje ciało się do niej dopasuje i będziemy wyglądać wystrzałowo. Założyłam ją wczoraj, sądziłam, że zmotywuje mnie do dalszej walki o "piękne" ciało, ale zamiast tego obnażyła moją głupotę.
To nie moje ciało jest złe. Owszem, mam cellulit, krótkie nogi i trochę "boczków". Ale prawdziwy problem leży w sukience. Nie da się pod nią założyć żadnej bielizny. Nawet bezszwowa się odznacza, dzieląc moje ciało na kawałki mięsa. Jej materiał uwypukla wszelkie niedoskonałości - tak, widać ślady cellulitu, a jestem pewna, że i przysłowiowy pryszcz na tyłku byłby widoczny.
Ma zły krój, niekorzystną długość, wzdymające marszczenie na brzuchu.
To sukienka jest zła, nie ja.

Wyrzućcie dziś z szafy takie ubrania. I bądźcie dla siebie miłe, bo świat raczej nie będzie.